Przestrzeń Praktyków Partycypacji | 21 listopada 2023 r.

Wypalenie partycypacyjne – czy to o Nas?

Od kilku lat na Forach Praktyków Partycypacji odbywają się sesje o wypaleniu zawodowym, regeneracji, rezyliencji. Świadczą one o potrzebie rozmowy na temat przemęczenia i przeciążenia, z którymi część z Nas się mierzy. Na nasze zaproszenie, swoimi przemyśleniami na temat wypalenia i osobistymi doświadczeniami z nim związanymi, dzielą się Ewa Stokłuska i Marta Szaranowicz-Kusz – specjalistki w zakresie partycypacji, dziś głównie zajmujące się innymi tematami, ale wciąż zaangażowane w działania na rzecz dobrostanu praktyczek i praktyków partycypacji.

MARTA SZARANOWICZ-KUSZ: Ewa, jakie masz pierwsze skojarzenia z hasłem „wypalenie partycypacyjne”?

EWA STOKŁUSKA: Od razu przychodzą mi na myśl konkretne osoby, które poznałam podczas wielu procesów partycypacyjnych, a które już się nie zajmują tym tematem. Myślę, że w obszarze partycypacji – tak jak i w innych działaniach społecznych – niezależnie od tego, jak bardzo wierzysz w swoją misję, może się zdarzyć, że masz dość i dochodzisz do ściany. Co czasem rodzi wyrzuty sumienia, ale nie zmienia realności, która jest taka, że nie masz już siły. Znam wielu praktyków partycypacji, którzy po prostu zaczęli robić inne rzeczy, ale też takich którzy jedynie zmienili organizację lub sektor – na przykład z pozarządowców stali się urzędnikami od partycypacji. 

MARTA: Sama masz doświadczenie takiego transferu. 

EWA: Tak. Odeszłam ze Stoczni, żeby robić partycypację w Laboratorium Innowacji Społecznych w Gdyni. Następnie przeszłam do Urzędu m.st. Warszawy zająć się kwestiami równościowymi, bo potrzebowałam obszaru działania, który będzie dla mnie ważny, a jednocześnie nowy i ekscytujący. Miałam wrażenie, że przez 12 lat widziałam już niemal wszystko, jeśli chodzi o budżet partycypacyjny i konsultacje, a nie było wtedy jeszcze nowych poletek typu panele obywatelskie. Jednak nie mam poczucia, że wypalił mnie sam temat. Raczej zmieniłam swoje zainteresowania uznając, że partycypacja jest ważna, ale widzę ważniejsze sprawy i tematy do zaopiekowania, w których wcale nie będzie łatwiej. Cieszyłam się, że przychodzą nowi ludzie i przekonują się do partycypacji, ale ja chciałam wtedy czegoś więcej. A jak było u Ciebie?

MARTA: Ja akurat przeszłam przez klasyczne wypalenie zawodowe, objawiające się przewlekłym stresem, bezsennością, niechęcią do pracy, a w kulminacyjnym punkcie nawet lękiem przed wyzwaniami, które mnie kiedyś cieszyły. W jego efekcie w 2018 roku odeszłam z Fundacji Pole Dialogu, którą zakładałam. Wcześniej przez ponad rok myślałam, że nie mogę zostawić przyjaciółek z zarządu i samej fundacji, którą trochę traktowałam jak swoje dziecko (śmiech). Jednak po zakomunikowaniu tej decyzji poczułam gigantyczną ulgę. Okazało się, że to nie był koniec świata. Zresztą po czasie – co mnie najbardziej zaskoczyło – taki bieg wypadków wszystkim się przysłużył. Każda z nas poszła w swoją stronę, w której się realizuje, a fundację przejęła świetna ekipa. U mnie również to nie temat działalności był czynnikiem wypalającym, ale przede wszystkim warunki pracy w sektorze pozarządowym, na które nałożyły się sprawy prywatne. Przyznaję, że sama wtedy byłam orędowniczką tego, że musimy pisać kolejne projekty, dowozić i cisnąć, żeby utrzymać zespół. Takie przekonanie zaczęło się rozpadać po moim powrocie z urlopu macierzyńskiego. Ale i tak trochę mi zajęło dojście do wniosku, że nie jestem w stanie i nie chcę pracować jak dawniej. Odkryłam, jak bardzo w NGO pracujemy bez równowagi i regeneracji. Na szczęście w ostatnich latach zaczęliśmy o tym mówić głośno. 

EWA: W takim razie, jak Ty dziś rozumiesz wypalenie partycypacyjne? Czy ma ono dla Ciebie swoją specyfikę?

MARTA: Przygotowując warsztat pod tym samym tytułem na 10. FPP, długo zastanawiałam się, co się kryje pod tym hasłem. Próbowałam rozwikłać, czy to jego doświadczyłam kilka lat temu oraz czy inni praktycy i praktyczki z nim się zmagają. Doszłam do wniosku, że nie chcę, aby to była intuicyjna zbitka słów opisująca bardzo różne doświadczenia. Widzę trzy aspekty partycypacyjnego wypalenia, o których warto porozmawiać: zmęczenie tematem partycypacji, wypalenie pracą w organizacjach pozarządowych i urzędach oraz osobiste wypalenie zawodowe, które może nas spotkać niezależnie od tego, gdzie pracujemy i jakim tematem się zajmujemy. Zaczęłabym od tej pierwszej kwestii: jak sądzisz, ile wyczerpania przynosi nam sama partycypacja?

EWA: Wydaje mi się, że ten temat relatywnie mało – w porównaniu z takimi obszarami jak walka o prawa człowieka, kwestie równościowe, pomoc osobom uchodźczym – był dotknięty przez sytuację polityczną ostatnich ośmiu lat. Problemy związane z tym, że politycy głównie deklarują a realnie mało stwarzają przestrzeni na autentyczny dialog, towarzyszą nam niestety od 12 lat. Ponadto, partycypacja w Polsce jest bardzo sproceduralizowana. Obserwuję w ostatnich latach bliżej skandynawskie rozwiązania i widzę mniejsze skupienie na mechanizmach i metodach oraz ich dopasowaniu do wewnętrznych regulaminów urzędowych, co jest przecież bardzo czasochłonne i wymagające. Zamiast tego np. Norwedzy koncentrują się na tym, żeby po prostu rozmawiać z mieszkańcami przy różnych okazjach. Dla mnie partycypacja coraz mniej oznacza konkretne mechanizmy, a coraz bardziej dialog, w którym jest miejsce na różnicę zdań, oswajanie lęków, rozumienie innych. Czyli przede wszystkim stworzenie bezpiecznej przestrzeni do spotkania, rozmowy, słuchania i próby zrozumienia siebie nawzajem, co można osiągnąć bez szczególnych metodologicznych „fajerwerków”. Z perspektywy czasu dostrzegam, że na początku zupełnie nie wiedzieliśmy, jakie to ważne. 

MARTA: Pamiętam, że bałam się sytuacji konfliktowych i tzw. „trudnych uczestników”, więc projektując konsultacje starałam się temu zapobiegać. Dziś wiem – głównie dzięki Porozumieniu bez przemocy – że emocje nie tylko są nieuniknione, ale po prostu naturalne. To one informują nas o zaspokojonych i niezaspokojonych potrzebach. I najskuteczniej skłaniają do wzięcia udziału i zabrania głosu. Jedną z uniwersalnych potrzeb jest przecież to, aby być branym pod uwagę. Tylko, że ludzie często wyrażają to na spotkaniach w formie trudnej do przyjęcia lub skrajnie nieakceptowalnej. Boimy się konfliktów, bo nie wiemy, jak w ich trakcie zadbać o swoje granice, a jednocześnie z uważnością wysłuchać odmiennych stanowisk. Mam marzenie, aby na „wyposażeniu” każdego praktyka i praktyczki znalazła się umiejętność empatii – najpierw wobec siebie, a potem dla innych – która otwiera na głębsze rozumienie i może prowadzić do autentycznego porozumienia. Bez takiego wzmocnienia sytuacje konfliktowe mogą nas bardzo wypalać.  

Ale chciałam jeszcze wrócić do tego, co powiedziałaś, że partycypacja była dla Ciebie niegdyś równoznaczna z konkretnymi mechanizmami. Widzę tu kolejny problem, jakim była towarzysząca temu perfekcjonistyczna narracja. Mam wrażenie, że część z nas nie chciała zadowalać się małymi efektami. Wysoko postawiliśmy sobie poprzeczkę i byliśmy niecierpliwi. Jednorazowy udział mieszkańca w głosowaniu w budżecie obywatelskim nie był dla nas sukcesem. Mnie samą frustrowały „nieidealne” procesy. Z perspektywy czasu, zastanawiam się, czy nie mieliśmy tych standardów zbyt wyśrubowanych. Perfekcjonizm prowadzi przecież do nadmiernego krytycyzmu i frustracji. Jest przeciwieństwem dbania o siebie. Wypaleniu skuteczniej będziemy przeciwdziałać regularnie dostrzegając i świętując, to co udało się osiągnąć. Brzmi to banalnie, ale mam doświadczenie, że to działa. 

EWA: Prewencyjna będzie też grupa wsparcia, w której z kolei możemy dzielić się wszystkimi refleksjami, też trudnymi. A najlepiej grupa międzysektorowa! Moim zdaniem wielką zasługą Forum Praktyków Partycypacji jest stworzenie przyjaznej przestrzeni dla urzędników i ludzi z organizacji do poznania się i zrozumienia. Pamiętam, że na samym początku mieliśmy w NGO proste, a jednocześnie dość kategoryczne oczekiwania, żeby urzędnicy zaczęli robić mechanizmy partycypacyjne. Nie zastanawialiśmy się, jak to wpływa na ich pracę i z czym muszą się mierzyć. Dzięki Forum udało się uzyskać przenikalność tych perspektyw i to jest naprawdę wyjątkowe. 

MARTA: Też uważam, że FPP dla wielu z nas jest rodzajem grupy wsparcia. Spotykamy się na nim przecież nie tylko by dzielić się wiedzą, ale według mnie przede wszystkim by poczuć częścią społeczności – ludzi podzielających te same wartości, przeżywających podobne historie, ale wciąż szukających inspiracji. Jak po Forum napisał jeden z naszych kolegów: “udało nam się przez 10 lat zrobić ze słowa “partycypacja” coś, co wprawdzie frustruje, męczy i wypala, ale nie wypaliło na tyle, że nadal chcemy się do tego przykładać, nie poddawać, frustrować. A można było pogodnie zobojętnieć”. Zaryzykuję tezę, że FPP stawia nas na nogi i napełnia wiarą w sensowność tego, co robimy. Jeśli jednak tak się nie dzieje, to warto przyjrzeć się innym potencjalnym źródłom wyczerpania. W trakcie moich rozmów na ostatnim Forum, na pierwszy plan wybijał się wątek warunków pracy i przemęczenia otoczeniem instytucjonalnym, a nie znużenia tematem. 

EWA: Przyznajmy, opowieść o wypaleniu partycypacyjnym jest w dużej mierze opowieścią o samym sektorze społecznym. Doskwiera mi, że jesteśmy przyzwyczajeni do narracji, w której znacząco mniej uwagi poświęca się kwestiom związanym z organizacją pracy i dobrostanem niż realizacji celów, a wiele zaniechań czy trudności – w tym wypalenie zawodowe – ignoruje się w imię realizacji misji społecznej. Osoby pracujące na rzecz jakiejś sprawy postrzegamy często jako niestrudzonych aktywistów i aktywistki – jednocześnie ich idealizując i odcinając od „ludzkiego” wymiaru takiej pracy, która wiąże się ze stresem i zmęczeniem. Sami siebie traktujemy bez wyrozumiałości – nie przyznajemy się, że jesteśmy emocjonalnie i psychicznie obciążeni. Tymczasem niepewność zatrudnienia, nadmiar pracy i zobowiązań, ale też nakładanie się relacji zawodowych z przyjacielskimi utrudniające dbanie o swoje granice, jest naszą realnością. Niestety w środowisku temat wciąż bywa tabu i źródłem wstydu. W efekcie, nasze wypalenie może być długo nierozpoznane, nienazwane i nieprzepracowane, co się zawsze w końcu mści. Bardzo bym chciała, abyśmy w organizacjach dawali sobie przestrzeń na wyrażanie emocji i namysł, czy ten stan nas dotyczy. Jestem przekonana, że w obszarze partycypacji problemy z wypaleniem w znaczącej mierze wynikają z trybu pracy zarówno w sektorze społecznym, jak i w administracji w Polsce. 

MARTA: Co widzisz jako największe wyzwanie w pracy urzędowej? Poczucie braku decyzyjności i autonomii?

EWA: W moim odczuciu urzędnicy zajmujący się partycypacją wyciągnęli dwie krótkie słomki – pracują w administracji, która w Polsce jest mało przyjaznym środowiskiem pracy, a dodatkowo zajmują się tematem, który – mówiąc delikatnie – zwykle nie jest w strukturze urzędu postrzegany jako kluczowy.  W najgorszym scenariuszu: zostajesz urzędnikiem, możesz mieć dużo entuzjazmu, ale trafiasz w miejsce, w którym podejście do partycypacji ma charakter fasadowy, nie masz zespołu, nie możesz realizować sensownych działań, a ze swoimi sprawami jesteś zawsze ostatni w kolejce. A potem jeszcze toniesz w absurdach proceduralnych. 

MARTA: Znużenie partycypacją oraz wypalenie pracą urzędniczą lub pozarządową może nam w naturalny sposób zlewać się w całość. Ale w każdej sytuacji przeciążenia ważne jest zadanie sobie pytań, które pozwolą lepiej rozeznać się w sytuacji. Można zacząć od refleksji, co mnie konkretnie wypala, co mnie wspiera i jak się regeneruję. Warto poszukać – często niełatwych i nieoczywistych – odpowiedzi. Nie chciałabym, abyśmy w rozmowie o wypaleniu partycypacyjnym straciły z oczu osobiste wątki, czyli ten trzeci wymiar, o którym wspomniałam na początku. Chodzi o namysł, czy to co przeżywamy jest już wypaleniem zawodowym. 

EWA: Jak Twoim zdaniem najlepiej je zdefiniować i na co zwracać uwagę?

MARTA: Według definicji WHO jest to syndrom wynikający z chronicznego stresu w miejscu pracy, którego nie udało się skutecznie opanować. Charakteryzuje się trzema elementami: uczuciem wyczerpania lub wyczerpania energii, zwiększonym dystansem psychicznym do wykonywanej pracy lub poczuciem negatywizmu i cynizmu związanego z wykonywaną pracą oraz zmniejszoną skutecznością zawodową. Wypalenie zawodowe nie pojawia się z dnia na dzień, lecz jest procesem, którego pierwsze symptomy można przegapić. Jeśli kurczowo będziemy trzymać się hasła „wypalenie partycypacyjne”, uznawać, że to wina sektora lub myśleć, że wszyscy są tak samo sfrustrowani tematem, tym bardziej możemy go nie zauważyć. Źródła wypalenia zawodowego są indywidualne. Może chodzić o to, że nie umiemy się regenerować, mamy wiele niesprzyjających przekonań na temat pracy i misji społecznej, nie pracujemy w zgodzie z naszymi prawdziwymi talentami, a w życiu prywatnym jesteśmy nadmiernie obciążone pracą opiekuńczą. Gdybym jednak miała uogólnić, powiedziałabym, że wypaleniu sprzyjają nadmierna odpowiedzialność, zbyt duże zaangażowanie, poczucie braku wsparcia i nieustanna czujność. Jeśli je odczuwamy, to nawet w najlepszej organizacji z idealnymi warunkami pracy wypalenie może nas spotkać.

EWA: I tu najważniejsza okazuje się umiejętność uważnego przyjrzenia się sobie. Co jest niełatwe, a czasem nawet trochę przerażające. Pokutuje u nas przekonanie, że jeśli chcę zająć się sobą, to znaczy, że sobie nie radzę. A następnie wyobrażenie, że jedyną drogą ku temu jest terapia, co z kolei wciąż obarczone jest często poczuciem wstydu. Zacznijmy od otwartego rozmawiania na ten temat. Wciąż znam wiele osób, które nawet nie chcą rozpocząć tej dyskusji. To wymaga przebudowy naszej mentalności. 

MARTA: Potrzebujemy prawdziwego uznania, że warto o siebie dbać, zwłaszcza jeśli zajmujemy się tematami ważnymi społecznie czy pomocowymi. Są dwa powiedzenia, które to opisują. Dobry ratownik, to żywy ratownik. I moje ulubione – w pracy postępuj tak, jak w samolocie, najpierw załóż maskę sobie, a dopiero potem dziecku – czyli mieszkańcowi. Ta fraza jest zresztą uniwersalna życiowo i przydatna w różnych sytuacjach kryzysowych. Warto też zadać sobie pytanie, czy chcemy iść przez nasze życie zawodowe zaciskając zęby, czy raczej oddychając głęboko. To drugie jest możliwe, ale  – tak jak powiedziałaś – wymaga refleksji i pracy nad sobą. Głębszego rozpoznania, co jest dla nas naprawdę ważne. 

O autorkach

Ewa Stokłuskaz wykształcenia i doświadczenia socjolożka, trenerka i facylitatorka. Od 2008 r. związana zawodowo z sektorem pozarządowym, z 3-letnią przerwą na bycie urzędniczką samorządową od partycypacji w Gdyni i od wspierania wspólnot lokalnych i równego traktowania w Warszawie. Projektuje i prowadzi procesy partycypacyjne oraz facylituje procesy dialogu w sprawach społecznych. Na co dzień pracuje w Fundacji Edukacja dla Demokracji. Od 12 lat (choć ma wrażenie, że widziała już prawie wszystko na tym polu i ileś razy była bliska zwątpienia w sens tego wszystkiego), wciąż wierzy w potencjał budżetu partycypacyjnego (obywatelskiego) i zapraszania ludzi do rozmowy o tym, co dla nich ważne w kontekście społeczności, w których żyją. Odeszła swego czasu od zajmowania się przede wszystkim partycypacją na rzecz pracy z innowacjami społecznymi, po czym stęskniona do partycypacji wróciła – ale już nie na cały etat. W pracy trenerskiej inspiruje się myśleniem o dialogu w podejściu proponowanym przez Nansen Centre for Peace and Dialogue i Porozumieniem Bez Przemocy (NVC). Absolwentka Szkoły Trenerek i Trenerów Antywypaleniowych i Dobrostanu Fundacji RegenerAkcja.

dr Marta Szaranowicz-Kusz – socjolożka, badaczka społeczna, facylitatorka i moderatorka procesów dialogu, certyfikowana coachka w nurcie NVC (Porozumienia bez przemocy). Od kilkunastu lat związana z warszawskim sektorem pozarządowym. Współzałożycielka Fundacji Pole Dialogu, członkini zarządu tej organizacji w latach 2011-2019. Projektantka i realizatorka licznych procesów partycypacyjnych. Wspierała wprowadzenie w Polsce budżetów obywatelskich, m.in. jako członkini Rady ds. Budżetu Partycypacyjnego przy Prezydent m.st. Warszawy. Odeszła z organizacji na skutek wypalenia zawodowego. Obecnie prowadzi coaching indywidualny i grupowy. Specjalizuje się w coachingu kariery dla osób, które pragną zmiany w swoim życiu zawodowym, chcą odzyskać poczucie sensu, działać w zgodzie ze swoimi talentami i mocnymi stronami. Wspiera rodziców małych dzieci, którzy chcą ułożyć życie zawodowe w zgodzie z prywatnym. Prowadzi warsztaty o prewencji wypalenia zawodowego, regeneracji, ograniczających i wspierających przekonaniach. Od 2020 roku pracuje w inkubatorze innowacji społecznych TransferHUB wprowadzając tam ewaluację partycypacyjną. 

Tekst powstał w ramach projektu „Przestrzeń Praktyków Partycypacji” realizowanego z dotacji programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy finansowanego przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Funduszy EOG.


Informacja o plikach cookies

Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii. Kontynuując jej przeglądanie, wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie zgodnie z Twoimi ustawieniami przeglądarki.

Powrót do góry strony