Nowości na stronie | 26 października 2023 r.

„Jak praktyka z badaniem”, czyli kto z kim i dokąd? (Auto-)refleksje o zderzeniach teorii z praktyką

Na tegorocznym Forum jedną z sesji, która cieszyła się dużym zainteresowaniem i gorącymi dyskusjami, było spotkanie osób zajmujących się partycypacją obywatelską z dwóch stron – praktyki i teorii. Jeden z gości tej sesji – Wojciech Ufel, napisał dla nas krótki tekst o stykaniu się i przenikaniu tych dwóch kluczowych obszarów. Zachęcamy do lektury!

Gdyby relacje między światem praktyki partycypacji a akademii były wzorcowe, to pewnie nie czulibyśmy tak palącej potrzeby stawiania sobie fundamentalnych pytań o to, na czym w ogóle polegają różnice między nimi? A warto się nad tym zastanawiać choćby z dwóch powodów. Po pierwsze, te dwa światy wcale nie są od siebie takie odległe, a w wielu aspektach wręcz ze sobą tożsame. Samo tak mocne stawianie tego rozróżnienia staje się czasem niepotrzebną barierą, a czasem – szkodliwym stereotypem. Po drugie, potrzeby partycypacji w Polsce wobec zasobów – organizacyjnych, czasowych, materialnych – osób zainteresowanych jej praktykowaniem i badaniem są tak wielkie, że jeśli chcemy rozwijać ją na naszym lokalnym gruncie, po prostu musimy zacieśniać współpracę i dbać o wzajemne zrozumienie.

W tytule artykułu celowo dokonuję zmiany gramatycznej tytułu sesji „Jak praktyk z badaczem”, która odbyła się na 10. Forum Praktyków Partycypacji (FPP). Staram się w ten sposób wykorzystać bardziej inkluzywne formy językowe. Jednocześnie decydując się na formułę eseju opartego w sporej mierze na autorefleksji, zdaję sobie sprawę z tego, że prezentowana przeze mnie perspektywa jest ucieleśniona, a zatem i w dużej mierze prezentująca hegemoniczny punkt widzenia na problemy, z którymi borykają się zarówno osoby praktykujące, jak i badające partycypację. Z jednej strony wydaje mi się to jedynym uczciwym podejściem – gdyż moje spojrzenie na przepływy między praktyką a akademią jest zakorzenione w osobistych doświadczeniach. Z drugiej strony, jest to oczywiście punkt widzenia mocno ograniczony. W wielu miejscach niniejsza opowieść przyniosłaby zgoła większe korzyści – teoretyczne i praktyczne – gdyby była bardziej różnorodna, ujęta z perspektywy innej płci, klasy, stanu zdrowia, narodowości i sytuacji migracyjnej itp. itd. Zachęcam więc do krytycznej lektury niniejszego tekstu jako właśnie jednej z wielu możliwych perspektyw i jednego z wielu głosów, których (mam nadzieję) warto wysłuchać.

Badacz na FPP

Czy to wreszcie będzie napisane dla zwykłego człowieka? 

Czemu nie możesz pisać tak, by to było zrozumiałe?

No dobra, ale co z tego teoretyzowania w ogóle wynika?

Takimi pytaniami często kończą się próby wyjścia z moimi przemyśleniami i obserwacjami dotyczącymi partycypacji poza bańkę filozoficznych seminariów czy akademickich konferencji. Od początku powodowało to, że znajdowałem się w dysonansie poznawczym, więc jednocześnie racjonalizowałem sobie potrzebę takiej specjalizacji wymogami ścieżki akademickiej i brałem te uwagi do serca. Często więc podczas redagowania swoich tekstów albo prowadząc zajęcia, myślałem o konieczności upraszczania przekazu, jednocześnie nie tracąc z horyzontu korzyści (też praktycznych), które płyną z krytycznego odczytywania teoretycznych i filozoficznych podstaw obecnych praktyk.

Zaczynałem jednak od filozofii, a po krótkich doświadczeniach praktycznych – wróciłem do niej na wiele lat. Na początku nie czułem się więc praktykiem, nie tylko w rozumieniu osoby organizującej w jakikolwiek sposób partycypację, ale nawet jako badacz zajmujący się nią w sposób empiryczny. Przez wiele lat zatem myśląc o odbywającym się co roku FPP, nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się mógł w tym gronie znaleźć.

Do praktyki w rozumieniu akademickim zbliżyłem się jednak szybko po obronie (mocno teoretycznego) doktoratu, obserwując I Wrocławski Panel Obywatelski czy rozpoczynając pracę w projektach badawczych nad innowacjami społecznymi. Jeden z nich finansowany jest w ramach programu Horyzont i zakłada formułę wdrożeniową, czyli action research i formułowanie praktycznych rekomendacji. A kolejny krok w stronę „praktyka” w szerszym rozumieniu tego słowa uczyniłem, współtworząc regulamin (czyli teorię?) pierwszej narady obywatelskiej we Wrocławiu, co też zresztą jest bezpośrednim efektem mojej pracy w projekcie. I w ten sposób w kilka lat dorobiłem się wielu „teorio-praktycznych” kapeluszy, dzięki którym uzyskuję coraz lepszy wgląd w partycypację, ale które jednocześnie tylko oddalają mnie od pewności tego, na czym miałoby polegać rozróżnienie między jej badaczem a praktykiem. Rozróżnienie teorii od praktyki wydaje mi się coraz bardziej obrośnięte mitami, na które musimy krytycznie spojrzeć, by zastanowić się nad kształtem – tak przecież potrzebnej – współpracy.

Kto?

Podczas sesji na 10. FPP „Jak badacz z praktykiem – różne podejścia i spojrzenia na procesy deliberacyjne” tylko pogłębiłem się w przekonaniu, że ten podział – gdziekolwiek go rozrysować – jest bardzo niejednoznaczny. Na rozważenie takiej właśnie tezy o fałszywej dychotomii na sam koniec dyskusji z entuzjazmem zgodziły się też wszystkie osoby, współtworzące z Borysem Martelą ten panel. W podobnym składzie, ale nieco odwróconym formacie – bo to „praktycy i praktyczki” przyszli na spotkanie akademickie – spotkaliśmy się kilka dni później w Warszawie na seminarium „Deliberacja, panele obywatelskie i minipubliki nt. problemów ekologicznych. Stan badań w Polsce”. W trakcie obu sesji mocno wybrzmiewały argumenty Jana Herbsta, Marii Jagaciak czy Mateusza Wojcieszaka, pokazujące ich mocne zakorzenienie w literaturze przedmiotu, jak i doskonałe zrozumienie metod badawczych oraz teoretycznie świadome podejście krytyczne. 

Jednocześnie jako biorące udział w tych dyskusjach osoby związane z akademią – Paulina Pospieszna, Magni Szymaniak-Arnesen, Adela Gąsiorowska czy Piotr Trzaskowski – też nie ukrywamy roli osobistych doświadczeń z partycypacją w kierowaniu naszej uwagi na tematykę badań. Mamy osobiste doświadczenia partycypacyjne lub aktywistyczne, które często poprzedzają decyzje o poświęceniu „zawodowej” uwagi badaniu tego rodzaju działań. Co więcej, w porównaniu do wielu innych badań w dziedzinie społeczno-humanistycznej, kieruje nami chęć do tego, by nasze wyniki i wiedza miały praktyczne przełożenie, nawet jeśli czasem musimy to ukrywać przed agencjami grantowymi oczekującymi jedynie tzw. badań podstawowych.

Wreszcie zauważyć należy jedną rzecz spajającą sesję na 10. FPP, nawet jeśli to oczywistość. Niewypowiedzianym wspólnym gruntem, na którym stoimy zarówno jako osoby praktykujące, jak i badające partycypację, jest nasza wiara w to, że jest ona pożądana, oczywiście o ile tylko jest w miarę dobrze poprowadzona. Łączy nas krytyczny ogląd obecnych form dominujących w polityce i chęć, by to zmieniać. W obszarze całej akademii rzadko kiedy spotyka się osoby, które badają partycypację po to, by ją w całości odrzucić – choć i to się zdarza, jednak ma charakter okazjonalny i niszowy, najczęściej ocierając się o tendencje co najmniej antydemokratyczne czy autorytarne. Raczej nikt nie wybiera świadomie tego pola badawczego w sposób cyniczny, oczekując „łatwego” zwrotu w postaci zasypu grantów, publikacji, awansów itd. I chociaż trudno mi mówić o tym z perspektywy moich niewielkich doświadczeń praktycznych, to podejrzewam, że poza akademią jest tak samo.

W takich warunkach nie dziwi to, że nasza dyskusja była nie tyle próbą znalezienia porozumienia i wspólnej perspektywy, co raczej owocną wymianą doświadczeń i obserwacji. Bardzo szybko okazało się, że pomimo pozornie różnych ról, borykamy się z podobnymi problemami i mamy identyczne wątpliwości. To dobry sygnał, bo pokazuje, że problemy z partycypacją i w praktyce, i w teorii mogą mieć wspólne źródła – a więc i potrzebują wspólnych rozwiązań.

Z kim?

W tym właśnie miejscu zarysowuje się pole, w którym pewna różnica między badaniem a praktyką staje się zauważalna. Jest to pole „podziału pracy”, w którym szukamy rozwiązań tych problemów w ramach naszych instytucji, ról, funkcji. Dysponujemy różnymi narzędziami, ale mamy też i różne ograniczenia czy wymogi „logik” tworzących systemowe ramy naszych działań. Jako akademik jestem pod ciągłym rygorem publikacyjnym, w którym często bardziej się liczy metodologiczny rygor i teoretyczne wysublimowanie, a nie przejrzystość i dostępność tekstu dla szerszej publiczności, nie mówiąc już o publikowaniu w płatnych i bardzo drogich czasopismach zagranicznych. Często wiąże się to także z wymogiem zachowania scjentystycznego „obiektywizmu”, czyli postawy, w której do obiektu swoich badań wymagany jest dystans i krytycyzm. Inna sprawa, czy ten krytycyzm w odpowiedniej dozie rzeczywiście w badaniu partycypacji się pojawia? Zapoznając się z bieżącą literaturą dotyczącą partycypacji – nie tylko w Polsce – rzadko zauważam taką postawę. Częściej widzę, że każdy przejaw partycypacji jest chwalony jako innowacja i progres, a pytanie o popełnione błędy lub to, czy przypadkiem nie służy ona innym – niekoniecznie demokratycznym – celom, jest w ogóle pomijane. Być może jest to celowe działanie, mające na celu upowszechnianie tych praktyk, gdyż w pracy badawczej często brakuje czasu na pisanie do innych środowisk, niż akademickie. Praca popularyzatorska, choć nieustannie podkreślana jako ważna, ma ostatecznie niewielki wpływ na awanse czy ewaluację nauki. Spada więc w hierarchii obowiązków poniżej starania się o kolejne granty badawcze, prowadzenia dydaktyki czy obowiązków organizacyjnych i administracyjnych. Szczególnie te ostatnie w dobie rosnącej biurokracji i niedofinansowania uczelni często eksploatują wszystkie siły życiowe – ale to zapewne znane jest i wszystkim osobom praktykującym partycypację. 

W działalności praktycznej na przyjmowaną perspektywę wpływa z kolei konieczność zagwarantowania ciągłości finansowej własnych projektów – w kontekście partycypacji też częściej opartej na systemie grantowym niż komercyjnej sprzedaży rozwiązań – lub/i ciągłego przekonywania politycznych decydentów, że partycypację warto i należy praktykować, a jej ustaleń dotrzymywać. Działalność organizacyjna i praktyczna staje się więc z konieczności też w dużej mierze aktywnością perswazyjną, w której różni interesariusze i interesariuszki (nie tylko władze, lecz także organizacje i ruchy społeczne, lokalne liderki czy zwykli mieszkańcy) muszą być przekonywane, edukowane i przygotowywane do partycypacji. W tej sytuacji nadmierny krytycyzm może być wręcz szkodliwy, pozostaje więc najczęściej „wewnętrzną” sprawą organizacji, instytucji czy osoby praktykującej partycypację. A w sytuacji, w której i w akademii brakuje krytycznego podejścia, trudniej nam się uczyć na błędach i rozwijać.

Z pozoru wydaje się więc, że rola teorii czy badania oraz praktyki są ze sobą kompatybilne i nie powinno być barier, które nie pozwalają im żyć w symbiozie. Jednak tak się nie dzieje, a w mojej ocenie największym problemem jest notoryczny niedobór czasu. Jedna osoba nie jest na dłuższą metę w stanie skutecznie łączyć wszystkich ról ze sobą, unikając przy tym nadmiernej eksploatacji i wypalenia zawodowego. Z kolei tworzenie zespołów badawczo-praktycznych nastawionych na działalność wdrożeniową czy naukę przez eksperymenty, najlepiej łączących światy polityki, III sektora i akademii, jest w polskich warunkach trudne. Zachęcają do tego jedynie nieliczne agencje i programy grantowe, takie jak Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR), którego uczciwość i transparentność w działaniu jest co najmniej wątpliwa. Nieco łatwiej realizować tego typu projekty w konkursach europejskich, ale to z kolei prowadzi raczej do tworzenia zróżnicowanych narodowo konsorcjów niż do zacieśniania współpracy na poziomie krajowym czy lokalnym. 

To wszystko sprawia, że efektywna współpraca korzystająca z synergii podejść praktycznego i badawczego jest utrudniona, a warunki funkcjonowania zmuszają nas raczej do zwiększenia wysiłków w celu przetrwania – czy to w praktyce, czy w akademii – niż budowania pomostów. Zamykamy się więc na własnych poletkach działań, ograniczając współpracę do doraźnych potrzeb – w moim przypadku, gdy chcę przeprowadzić badania empiryczne, jestem proszony o wsparcie analityczne przy konkretnym działaniu albo o komentarz czy wystąpienie podczas publicznej debaty. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że takie okazjonalne spotkania mogą dać jedynie namiastkę tego, czego wzajemnie możemy się od siebie uczyć, dowiadywać, jak możemy wzajemnie identyfikować swoje potrzeby, budować zaufanie i wspólnie rozumieć ograniczenia, przed którymi stajemy. 

Dokąd?

Modelową współpracę na styku nauki i praktyki partycypacji, w której w chwili pisania tego tekstu uczestniczę od niemalże trzech lat, stał się dla mnie projekt „EUARENAS – Cities as Arenas of Political Innovation in the Strengthening of Deliberative and Participatory Democracy” (www.euarenas.eu). Jest on finansowany z programu Horyzont, zatem istotną rolę odgrywa w nim komponent wdrożeniowy i nacisk na praktyczne, skalowalne rekomendacje. W tym międzynarodowym konsorcjum biorą udział nie tylko uniwersytety, lecz także NGO (zarówno bardziej analityczne, jak i te zajmujące się praktyką) oraz 3 miasta partnerskie, a konkretniej urzędnicy i urzędniczki z wydziałów partycypacji oraz osoby blisko z nimi współpracujące, np. aktywiści i liderki lokalnych społeczności. W projekcie tym zajmujemy się całym przekrojem publicznej partycypacji i deliberacji, począwszy od podstaw teoretycznych i rozwoju konceptualnego, przez metodologię badań, empiryczne case studies, pilotowanie społecznych innowacji w miastach partnerskich, foresight, aż po rekomendacje (policy) i rozumienie wpływu społecznego.

Tak szeroki projekt możliwy jest do zrealizowania tylko w zróżnicowanym środowisku, gdzie żadna perspektywa nie ma charakteru dominującego. Ale jest to też możliwe tylko dzięki temu, że przez te trzy lata i wielokrotne spotkania online i offline jesteśmy w stanie wytworzyć koleżeńskie więzi, poświęcać długie godziny na rozmowy, pogłębiać wzajemne zrozumienie i się od siebie uczyć. Pamiętam jak jeden z urzędników, na początku projektu opowiadając oficjalnie o swoich planach, niemal ze wstydem powiedział, że ich pilotaż w projekcie musi niestety dopasować się do kalendarza wyborczego – bo tak być przecież nie powinno. W kuluarach natomiast potrafił o tym opowiadać godzinami… Kilka dni temu z kolei słyszałem, jak pasjonująco mówi o swojej własnej „polityce” wewnątrz urzędu – kto i z kim zawiązuje sojusze, by przekonywać pozostałe wydziały, radę i zarząd miasta do stosowania partycypacji i sumiennego wdrażania jej rezultatów – podczas oficjalnego, publicznego wystąpienia pod szyldem projektowym. Zwróciłem na to szczególną uwagę właśnie przez to, że przy licznych okazjach przegadaliśmy wiele godzin o polityce i polityczności partycypacji, że jest kluczowy element, który należy brać pod uwagę, by ją skutecznie wdrażać i oceniać. Chciałbym wierzyć, że ta zmiana jest dobrym przykładem ewolucji, którą przeszło każde z nas przez te lata działalności w projekcie.

Jeśli kogoś interesuje temat polityki i polityczności partycypacji – szczególnie w jej deliberacyjnej odmianie – to więcej przeczytać może o tym w mojej niedawno wydanej książce Granice demokracji. Ale nie piszę tego po to, by się pochwalić, a raczej by wskazać na kolejny problem. Książka ta ma charakter akademicki, więc żeby przejść przez sito redakcji i recenzji ma 350 stron, z czego większość to gęsty opis dyskusji filozoficznych i teoretycznych z obszaru deliberacji, teorii krytycznej, antropologii czy filozofii języka. Nie mówię, że nie ma w niej nic praktycznie przydatnego, a wręcz przeciwnie – mam nadzieję, że daje ona właśnie solidne argumenty i podstawy do tego, by polityczną teorię deliberacji zwrócić w tę właśnie stronę. Ale nie oznacza to, że jest to materiał przyjazny dla osób, których praca zawodowa nie polega na czytaniu książek, a już tym bardziej na szczegółowym śledzeniu wsobnych dyskusji akademickich. Zapewne mógłbym przygotować skróconą wersję, dajmy na to 50-70 stronicowy esej zobrazowany przykładami z praktyki. Problem w tym, że stabilność mojego zatrudnienia i przyszłość jednostki, w której pracuje, znacznie lepiej rokuje, jeśli temat ten porzucę i zajmę się pisaniem kolejnych, ściśle akademickich tekstów. Wymaga to więc szczególnej zawziętości, motywacji, czasu, dostępu do finansowania i – nie ma co ukrywać, bo stoi za tym wszystkim – przywileju, dzięki którym można sobie na to pozwolić.

Dlatego to, co wydaje mi się niedoceniane i być może wciąż zbyt nieobecne w przedstawionym w powyższych kilku akapitach „podziale pracy”, jest praca tłumacząca z jednego poletka na drugie. Nie narzekamy na brak osób, które mają zarówno kompetencje akademicko-analityczne, jak i praktyczne doświadczenie i charyzmę, by być w centrum wydarzeń partycypacyjnych. Z mojej własnej perspektywy nie dziwię się, że takie osoby nie mogą się jednoznacznie zdecydować, gdzie chcą poświęcać swoją energię. Jako akademik rozumiem też jednak, że trudno godzić ze sobą pełnię zaangażowania społeczno-politycznego z mrówczą, żmudną i często deprymującą pracą badawczą, a tym bardziej administracyjno-biurokratyczną presją na ciągłe składanie aplikacji grantowych i artykułów, których współczynnik sukcesu często jest poniżej 10%. Praca tłumacząca, szczególnie ta nakierowana na facylitację procesów wspólnego uczenia i poznawania się, ale także przybliżania perspektyw i budowania mostów, wydaje się więc kluczowa tam, gdzie możliwości budowy trwałych zespołów badawczo-praktycznych są mocno ograniczone. 

Niezależnie od tego, jaki model współpracy przyjmiemy – czy raczej uda nam się przyjąć, współtworzyć – czeka nas długa droga. Taką przynajmniej mam nadzieję. Temat partycypacji dopiero raczkuje, ale już okazuje się przynosić nadzieję na to, że polityka może wyglądać inaczej. Że nie jesteśmy skazane ani na elitarną „demokrację”, opartej o układy partyjno-medialno-biznesowe oraz niewiele zmieniające wybory, ani na faszyzujący populizm, który to wszystko próbuje zagarnąć pod autorytarnego buta silnego przywódcy. Pułapek i pokus jednak po drodze sporo, a w świecie, w którym odwracanie hierarchii politycznych zazwyczaj nie jest mile widziane, tym bardziej musimy na nie uważać. Nie zapominajmy więc, że zarówno praktyka bez teorii, jak i teoria bez praktyki działają na ślepo, i znośmy ten podział bez względu na utarte stereotypy i biurokratyczne szufladki. A żeby nie ograniczać się do pustych apeli, tym zakończę niniejszy tekst i zabieram się za „tłumaczenie” moich teorii na bardziej przyjazną praktyce formę.

Autorem tekstu jest Wojciech Ufel – z wykształcenia politolog i filozof, adiunkt w Instytucie Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego oraz badacz w projekcie EUARENAS realizowanym na Uniwersytecie SWPS. Teoretyk, badacz, praktyk, a przede wszystkim pasjonat partycypacji we wszelkich jej odmianach.


Informacja o plikach cookies

Ta strona używa plików cookies i podobnych technologii. Kontynuując jej przeglądanie, wyrażasz zgodę na ich wykorzystywanie zgodnie z Twoimi ustawieniami przeglądarki.

Powrót do góry strony